czwartek, 29 października 2015

Moja pierwsza w życiu sesja jogi zakończyła się po 30 sekundach...
Tak, faktycznie dość szybko... W tak krótkim czasie trudno się przekonać, czy joga to coś dla mnie czy nie... Zrobiłam pozycję zwaną „psem z głową w dół” i kiedy chciałam unieść prawą nogę w górę, z całym impetem uderzyłam stopą w drewnianą część kanapy i … joga się skończyła...

Skończyła się na dość długi czas, bo od tamtej chwili przelatywały mi przez głowę myśli typu: „Po jaką cholerę ja to robię!? Na co mi to?!”

Byłam przekonana, że joga przeznaczona jest dla niezwykle elastycznych i wysportowanych ludzi, bo przecież tylko oni mogę zawiązać ciało na supeł, nie szumi im w uszach przy każdym odchyleniu głowy w dół i nie drżą im mięśnie. Cóż więc ja – biedny żuczek – który nie potrafi unieść nogi w górę, żeby nie zrobić sobie krzywdy...

I joga zniknęła w odmętach niepamięci...

A potem – pewnego zwykłego dnia, który nie różnił się specjalnie od innych dni, między godziną przedpołudniową a popołudniową, między jedną kawą z mlekiem a drugą czarną, między jedną rozmową w pracy a drugą z moim mężem w domu - strzelił mi kręgosłup. I żeby to był przynajmniej jakiś wspaniały, niepowtarzalny strzał! Nic z tego!

To było beznadziejne uczucie, że coś dokucza, coś uciska, coś nie pozwala prawej nodze poruszać się jak dotychczas. To „coś” trzymało nogę w niewidzialnym uścisku i … pożerało mięsień!

(W tym miejscu znów powinno pojawić się przekleństwo, przypominające o pewnej zakaźnej chorobie, która pokonała m.in. naszego narodowego wieszcza, ale przez wzgląd na wieszcza się nie pojawi...)

Po kilku dniach mięsień prawego uda był wielkości mięśnia u chomika, a czucie w nodze zanikło całkowicie... Niczym fakir mogłam spoczywać na szpilkach lub gwoździach i nic... zero emocji typu: „Ałaaaaaaa...!!!!”

Nie wróżyło to dobrze u trzydziestoletniej osoby... Przełamując niechęć do „białego fartucha” zawlokłam resztki moich sprawnych mięśni do lekarza, który natychmiast rozpoznał objawy dyskopatii i rwy udowej i zapisał serię zastrzyków i środków przeciwbólowych...

Zastrzyki bolały! Pośladek zwijał mi się w trąbkę – jak u prawdziwego jogina – i pocieszały tylko słowa pani pielęgniarki, która obiecywała, że po trzech zastrzykach sztywnienie nogi przejdzie.

Nie przeszło... Ani po trzecim, ani nawet po dziesiątym zastrzyku.

Pół roku później byłam już całkowicie przyzwyczajona do faktu, że ktoś niewidzialny trzyma – bez mojej zgody – moją prawą nogę w żelaznym uścisku. Kolejne wizyty u neurologa potwierdzały tylko diagnozę, że kręgosłup jest w słabej kondycji i pewnie w okolicach „czterdziestki” będę musiała pomyśleć o … (nie, nie o wakacjach nad Adriatykiem...) - o operacji kręgosłupa! Mało zabawne, prawda?

I wtedy... ktoś gdzieś... szepnął słowo „joga”... Że bardzo pomaga i że zabezpiecza przed takimi przygodami jak rwa kulszowa.

(Tu znowu przyszło mi na myśl słowo oznaczające tę samą zaraźliwą chorobę oraz dopowiedzenie: .”..znowu ta joga”)

Cóż, przyszedł czas na działanie, bo zdecydowanie wolałam udać się w okolicach czterdziestki nad Adriatyk niż na salę operacyjną, gdzie zapewne bardzo mądrzy i doświadczeni lekarze szeptaliby zdumieni:
- Ojej, jaki nieładny i słaby kręgosłup. Nu, nu, nu – ty niedobry! Co zrobiłeś swojej pani?

Oczywiście nikt – włącznie ze mną – nie przyznałby, że to właśnie pani zaszkodziła totalnym bezruchem swojemu kręgosłupowi, że w końcu się poddał.

Chcąc tego wszystkiego uniknąć, powiedziałam: „Choć noga, idziemy!” i zawlokłam swoją prawą nogę z mięśniem grubości mięśnia chomika do biblioteki, żeby wypożyczyć film z lekcją jogi.

Na chybił trafił wybrałam „Jogę z Lindą Arkin”…

W domu bez przekonania włączyłam odtwarzacz DVD i…………………………………….

……………………………………………………………………………..................... wszystko się zaczęło! 

 


poniedziałek, 26 października 2015


Jestem instruktorką jogi akademickiej.
Brzmi naukowo, prawda?
A nawet trochę groźnie...
Zaraz wszystko wyjaśnię i gwarantuję, że już groźnie nie będzie!

Joga akademicka jest systemem pracy opartym na ćwiczeniach hatha jogi oraz technikach relaksacyjnych. Celem jogi akademickiej jest utrzymanie oraz poprawa zdrowia zarówno od strony fizycznej, jak i psychicznej. Najogólniej można powiedzieć, że jest to profilaktyka jogą, ponieważ wykorzystuje ona metody pracy z ciałem i umysłem, które można zmierzyć, sprawdzić i zweryfikować naukowo pod kątem pozytywnego wpływu na zdrowie człowieka.

Jeśli będziesz wykonywał/a ćwiczenia zgodnie z zaleceniami oraz z poszanowaniem własnego ciała, akceptując jego początkowe ograniczenia, zajęcia będą dla Ciebie przyjemne, relaksujące i bez żadnych dolegliwości. Efekty przyjdą niepostrzeżenie!

Wiem, o czym pomyślą sceptycy – reklama zajęć obiecuje relaks, a potem na zajęciach dla początkujących instruktorka lub instruktor każą robić pozycję świecy! Znam takie zajęcia - sama kiedyś na takich byłam, dlatego moim ewentualnym uczniom NIGDY nie zgotuję takiej "niespodzianki".

Asany na moich zajęciach zawsze są dostosowane do aktualnego samopoczucia i możliwości osób ćwiczących. Zawsze są też wykonywane z uwzględnieniem zasad anatomii i biomechaniki. W tym właśnie specjalizuje się joga akademicka, w której każda asana została poddana obserwacji naukowej pod kątem wpływu na zdrowie fizyczne i psychiczne człowieka!