wtorek, 26 lipca 2016


O błogości i roztargnieniu prosta historia…

Nierzadko zdarza się, że prowadzę dwie lub trzy lekcje jogi pod rząd. Często mam wrażenie, że ćwiczę jogę wyczynowo – o ile w ogóle można w ten sposób określić praktykowanie jogi. 

Po pierwszej lekcji jestem pełna energii i dobrego humoru – myślę sobie: „Świat należy do mnie!”. 

Po drugiej lekcji jestem zmęczona, trochę obolała, spragniona, często zachrypnięta od wydawania instrukcji – myślę sobie: ”Chyba oszalałam! Mam ponad czterdzieści lat i zachciało mi się zostać instruktorką jogi!”

Po trzeciej lekcji osiągam stan trudny do wyrażenia słowami
. Jeśli miałabym szukać najbliższego prawdzie odpowiednika, byłoby to słowo: „błogość”. Ciało jest posłuszne i elastyczne, umysł spokojny, każdy ruch sprężysty i stanowczy, spojrzenie w przyszłość jasne i pewne – myślę sobie wówczas: „Niech tak będzie! Wszystko tak właśnie ma być!”
Takie myśli i odczucia towarzyszyły mi również po ostatnich zajęciach. Po zakończeniu lekcji pozbierałam swoje rzeczy i zaniosłam je do samochodu. Mata, laptop z ulubioną muzyką relaksacyjną, woda mineralna, kasa fiskalna i zestaw karnetów na dany miesiąc - zestaw „małej joginki”, która stara się przeżyć od pierwszego do pierwszego, a po drodze opłacić przyszłą (dość wątpliwą) emeryturę, ubezpieczenie zdrowotne, rachunki za wynajem sal i faktury za materiały reklamowe!

(Czy monsieur Sivananda lub signor Iyengar też martwili się o ZUS albo o spłatę kredytu firmowego? Brzmi to jakoś nieprawdopodobnie… Ech, życie…)

Po spakowaniu zestawu „małej joginki” rozmawiałam jeszcze chwilę na parkingu z dziewczynami, które ćwiczą wraz ze mną. Takie „babskie pogaduchy”, które sprawiają, że nawet największe problemy i lęki stają się kolorowe i malutkie. Po dwudziestu minutach dużej dawki śmiechu i rozprawianiu o sensie życia wsiadłam do samochodu. 

Jechałam i ogarniała mnie coraz większa – wspomniana wcześniej – błogość. Mijałam domy, drzewa, bloki, samochody, uśmiechniętych lub zmartwionych ludzi i myślałam sobie: „Jest dobrze… Jest cudownie… Niech tak będzie… Nie może być lepiej…” Miałam przed sobą zachód słońca, rozlewający się pomarańczowo i złoto po niebie, a za sobą potężną, ciemną chmurę, która starała się dogonić ślady mojego samochodu. No tak… Czasem słońce, czasem deszcz – najważniejszy jest spokój i radość tej chwili.

I właśnie wtedy, kiedy radość upływającej chwili mieszała się ze spokojem chwili następnej, na tle zachodzącego słońca i w cieniu wielkiej chmury, zwiastującej deszcz, zwalniając przed zakrętem prowadzącym do mojego domu, kątem oka zauważyłam, że z dachu mojego samochodu zrywa się do lotu czarny ptak… frunie z impetem w nieznanym kierunku… gnany wiatrem pokonuje kilka metrów… rozpada się na dwie części i ostatecznie z trzaskiem opada wprost na rozgrzany wieczornym słońcem asfalt…

Zdążyłam jeszcze tylko postawić samochód w bezpiecznym miejscu i rzuciłam się na ratunek czarnemu ptakowi, który pogubił skrzydła po różnych stronach ulicy. Zanim nadjechał inny pojazd, zebrałam ranne ptactwo i czmychnęłam z powrotem do auta.

Dopiero tu zrozumiałam, co się stało i co najlepszego zrobiłam… W trzęsących się dłoniach trzymałam własny laptop, który położyłam na dachu samochodu, zanim wdałam się w dyskusję z koleżankami… Laptop przejechał pół miasta na dachu samochodu i ujawnił się dopiero na ostatnim zakręcie, który widocznie pokonałam dość ostro…

Jedna chwila roztargnienia. Jeden moment zapomnienia (się) i całą błogość szlag trafił… Ech, życie… Czasem słońce czasem deszcz… I niech tak będzie! Tak właśnie ma być! A stopy wciąż mocno ustawione na macie! Życzę błogości!